W imię Ojca, i Syna, chwytam po raz wtóry, a daj Bóg i nie ostatni, za pióro, bo sodomia szaleje na świecie okrutna, a brak tych, który stawiliby jej mężnie czoło, a nie wystawiali jako inszi sromotnie i bez modestii pośladki ku jej chwale, daje się we znaki, że by nie powiedzieć, iż mocno bije Kościół nasz święty po dupie.
I nie jest prawdą jakoby biła przede wszystkim ministrantów. To potwarz, a nawet wyjątek, który co prawda potwierdza regułę, ale jej nie potwierdza, bo nie może być tak, żeby jacyś sodomici i inne wiadome wielkonose kręgi zarzucali nam coś, co bywa, ale nie jest i nie było, jakkolwiek było.
Rozprawiwszy się gładko a szybko z tymi zarzucanymi nam ministrantami mogę pójść dalej i zamienić apologię na rzecz dzieła zbożnego wykazującego celnie błędy sodomitów.
Po pierwsze, błądzą, bo kto sieje wiatr, ten zbiera burzę, a oni nic nie zbierają, bo dzieci z tego nie ma, a na emerytury tyż braknie. Czyli burze. W związku z tym to obraza Boga i nawet jeśli to ministrant, to nie uchodzi.
Po drugie, dupa nie służy ku rozkoszy, choć młodą gąską podetrzeć się milusio, co nawet św. Atanazy przyznał w swym zaginionym dziele, ale ku celom innym i tego się trzymajmy, bo w tym jest zbawienie, choć i może przyjemności w nim z ministrantem brak.
Po trzecie, to trudna sztuka, nie dla każdego, bo łacno dorobić się otarć boleściwych wielce, a to grzech przeciw własnemu ciału, za co grożą odpowiednie męki piekielne. Zaiste powiadam Wam, niejeden grzesznik sodomiczny wzdycha w Otchłani choćby o krzynkę łoju albo smalcu (nawet ze skwarkami), a Ci co więksi to nawet otrzymują jedno albo drugie, ale zważcie dobrze na to - w zimnicy pogrążeni nie mają czym ich rozpuścić, co potęguje ich cierpienia. Wielka jest szatanów przewrotność w zadawaniu mąk, wielka...
Na tym kończę me dzieło dedykując je wszystkim sodomitom ku uwadze i poprawie zepsowanych obyczajów. I choć niewiasta Was mierzi, to nic nie szkodzi, bo nie jest tak, że co nie jest ministrantem i mierzi, to być ruchane nie może. Amen.
Skryba
P.S.
Sądzę, że Skryba chce zostać Ojcem Kościoła, choćby przez adopcję, więc stąd ta apologia...
Zwierz
Jeśli czegoś pragniesz,
a serce masz czyste, cud się zdarzy. I żeby nie było nieporozumień
już na samym początku, to wyjaśnijmy sobie, że końcowy morał
tej przypowieści, nie brzmi: „dbaj o higienę swojej końcówki, a
obędzie się bez infekcji”. Wierzcie mi, zupełnie nie w tym
rzecz.
Było to wtedy, gdy pan
Bóg w swej drugiej osobie chodził wraz ze świętym Piotrem po
świecie. Gdzieś tak pomiędzy późnym Gomułką a wczesnym
Tuskiem. Chodził i cudaczył - mową, uczynkiem i własną osobą, a
czasami to nawet ze swym apostołem, ale mniejsza o to.
I zdarzyło się, że
trafił Jezus ze świętym Piotrem do Donatowej Woli, a dokładnie
rzecz ujmując do zamtuzu „Pod zafrasowanym kutasem”. Jak go
później obyczajówka spisywała, twierdził, że tylko po to, aby
Maria obmyła mu nogi. Co ciekawe - nie dano mu wiary. I to w Polsce.
No cóż, nikt nie jest prorokiem w swoim kraju.
Nim go jednak zabrali,
uczynił cud. Gdy już zdjęto półmiski z ponętnego a obnażonego
ciała Marii, a ułomki zlizano nadzwyczaj dokładnie, nadeszła pora
na zwierzenia. I listę życzeń. Przodowałem, oczywiście, ja, ale
wyrzutów sobie z tego nie czynię, bo wszak powiedziano, że ubodzy
duchem posiądą ziemię.
„Jezu, tyle kobiet na
świecie, a Maciek mój jeden – nie dam rady. A łaknę”.
Zafrasował się, acz nie na długo.
„Wpuściłeś mnie,
gdym zapukał do twych drzwi, nakarmiłeś, gdy byłem głodny, dałeś
kobietę, choć nie miałem pieniędzy, aby za nią zapłacić.
Nawet łiskacza. Zaprawdę wyjmij go, a otrzymasz to, czego
pragniesz.”
Na szczęście nie
chodziło mu o to, czego się obawiałem. Pomamrotał tylko nad
Maćkiem, pocudaczył i rozmnożył go, tak że nawet dwunastu koszy
nie starczyło, aby pomieścić te chujowe nie-ułomki.
Później wydarzenia
potoczyły się błyskawiczne. Obyczajówka, rzut na podłogę i pała
w nery. Maćków jednak już wyłapać nie zdołała, tak że
trzcyfrówka w tym roku padnie jak nic. Trzymajcie końcówki za
powodzenie dziewczyny!
Zwierz
Wiadomo,
że gin najlepiej smakuje z dziewuszką. Potarty, nie zmieszany. [Tu
uwaga: przed przyrządzeniem warto zaglądnąć do legitymacji
szkolnej dziewuszki, czy aby skończyła piętnaście lat, ale musu nie
ma.]
Sama
receptura jest banalnie prosta. Stawiasz dziewuszkę przed sobą i
pokazujesz jej dżina. Następnie wyjaśniasz, że jak go potrze, to
coś wyskoczy. Po wyskoczeniu ocierasz jej twarz i albo odsyłasz do
szkoły, albo powtarzasz za dwadzieścia minut całą procedurę od
nowa.
Udanych
drinków!
Skryba
Motto
Życie płynie jak rzeka
i ledwie człowiek zdąży zamoczyć, a już trzeba chować fujarę i
zbierać manatki. Mniejszy żal, gdy się nie trafiło na
otoczaka... A może i większy? Nic to jednak, bo interes musi się
kręcić i moczyć trzeba.
Zwierz
Ezechiel: To
już jest jednak przesada. Ja rozumiem, że pokorne ciele dwie matki
ssie, ale..
Jędrzej: Ale o co chodzi?
Ezechiel: O Zwierza, oczywiście, a właściwie o jego dwa interesy.
Jędrzej: Że niby jak? Co? Maciek dorobił się braciszka?
Ezechiel: Nie, uspokój się, nie w tym rzecz. Choć jak znam tego perwersa, to i przed tym problemem kiedyś staniemy.
Jędrzej: Myślisz?
Ezechiel: A nie słyszałeś jak mówił do Jagny, że ma już dość przypinania tego plastikowego czarnulca, co by jej jednocześnie i w drugą dziurkę wygadzać?
Jędrzej: No było coś takiego, ale on tak zrzędzi w każdej sytuacji. A to że papier zbyt szorstki, zdałaby się więc młoda gąska, ale kto by tam o nim i jego hemoroidach pomyślał? A to że wolałby loda z polewą, ale, oczywiście jak na złość wszystko się połyka. A to że...
Ezechiel: ...wazelina wybrakowana jakaś była i Maciek mu się boleśnie obtarł. Znam to, nie musisz mi przypominać.
Jędrzej: Ano. Jeśli więc nie o Maćkowego braciszka chodzi, to o co?
Ezechiel: O dwa biznesy, co je rozkręcił w Donatowej Woli.
Jędrzej: Oburza Cię, że prowadzi burdel „Pod zafrasowanym Kutasem”? Przecież i my na tym korzystamy.
Ezechiel: Nie, ludzka to rzecz, a do tego całkiem przyjemna i w dodatku rozwiązująca problem bezrobocia wśród młodych kobiet w okolicy. Ale ten drugi...
Jędrzej: Co z nim?
Ezechiel: To nic nie wiesz?
Jędrzej: Nie, ostatnio coś niechętnie wystawiam głowę z rozporka.
Ezechiel: Ha, ja również, alem ciekawy świata, to podpytuje Maćka. No i nie dalej jak wczoraj, brat nasz większy, opowiada mi o spółce: Zwierz i Boryna (syn) co.
Jędrzej: Co za co?
Ezechiel: Nie co, tylko company.
Jędrzej: Zwierz razem z Boryną (synem)?
Ezechiel: Co Zwierz razem z Boryną (synem)?
Jędrzej: Kąpany, przecież sam powiedziałeś. Ale po co? Żadnego w tym interesu nie widzę, co najwyżej oszczędność na wodzie i mydle.
Ezechiel: Ciebie to chyba zrozpaczeni rodzice podrzucili Zwierzowi zaraz po tym jak po narodzinach pierwszy raz otworzyłeś usta. Taki kretyn nie może być moim bratem. Company, koncern, firma w chuj i jeszcze.
Jędrzej: Aaa, pojmuje. No i co widzisz złego w takiej spółce?
Ezechiel: W spółce nic, ale to, czym się zajmuje...
Jędrzej: No czym?
Ezechiel: Wywozem za wieś na gnoju.
Jędrzej: Eee tam, zakład utylizacji odpadów to może niezbyt przyjemny dla nosa interes, ale pieniądze nie śmierdzą, nie widzę więc w tym nic zdrożnego.
Ezechiel: Patrz mnie na usta, kiedy mówię, kiepie. Wywożą dziewczyny na gnoju za wieś.
Jędrzej: Jak to?
Ezechiel: Przychodzi pismo z plebani podżyrowane przez sołtysa, że taka a taka daje, a nawet przyjmuje, że z tego zgorszenie jest i że w związku z tym trzeba wywieźć na gnoju za wieś.
Jędrzej: No i do tego trzeba spółkę? Nie wystarczy chłop z furmanką?
Ezechiel: Niby tak, ale to się jakoś u nas nie sprawdzało. A to mimo zapewnień furmanka okazywała się taczkami. A to gnój ukradli. A to furman poszedł w teren i dopiero tydzień po terminie go znaleźli...
Jędrzej: Zero profesjonalizmu.
Ezechiel: Ano właśnie. Widzisz zatem, że była nisza na rynku i ktoś musiał ją wypełnić.
Jędrzej: Zwierz.
Ezechiel: Właśnie. Boryna dostarcza gnój i i furmanki, nasz pryncypał zaś odpowiada za logistykę, marketing oraz kontakty z plebanią. Układ idealny, a do tego święty interes.
Jędrzej: Że niby z plebanią to od razu święty?
Ezechiel: Dbanie o moralność publiczną – owszem.
Jędrzej: No dobrze, czemu się jednak tak na to obruszasz, skoro to taki święty interes?
Ezechiel: No bo ja rozumiem, że można prowadzić dom publiczny. Ludzką to rzecz. Rozumiem, że można wywozić dziewczyny na gnoju za lekkie prowadzenie się. I to ludzka rzecz. Ale żeby jednocześnie robić to i to, to już chyba przesada.
Jędrzej: Eee, no trochę to nie koherentne, ale tak w życiu bywa.
Ezechiel: Może i tak, ale wiesz co on robi, gdy już taka delikwentkę wywiezie na tym gnoju za wieś?
Jędrzej: Nie, co?
Ezechiel: Proponuje jej kontrakt „Pod zafrasowanym kutasem”. I to z paroma zerami.
Jędrzej: Naprawdę?
Ezechiel: Tak. Jest to, jak utrzymuje, nowatorskie podejście do pozyskiwania wykwalifikowanej siły roboczej oraz zarządzania zasobami ludzkimi.
Jędrzej: Ma to sens. On ma profesjonalną kadrę, a one niezły zarobek i niezależność od swojej wiochy.
Ezechiel: Niby tak, ale nie widzisz, że moralnie...
Jędrzej: Żadne ale. Jest popyt, to ktoś musi zorganizować podaż, a że akurat Zwierz robi w profanum, to jeszcze nie znaczy, że nie może furmanką Boryny i w sacrum nieco podziałać.
Ezechel: Że niby taka coincidentia oppositorum w osobie Zwierza i jego dwóch interesów?
Jędrzej: Raczej
że do burdelu najbliżej przez kruchtę, a interes musi się
kręcić. Ale zwij jak chcesz...
Jędrzej i Ezechiel
Ezechiel: Zwierz miał sen.
Jędrzej: O czym?
Ezechiel: O gołej babie.
Jędrzej: A to ci niespodzianka.
Ezechiel: A no owszem, siurpryza była, zważ, spora, bo choć naga i jędrna, to nie na pokuszenie, ale do frasunku Maćka przywiodła.
Jędrzej: Że niby jak?
Ezechiel: Zdjęła, co i jak trzeba, nie za szybko, nie za wolno, ot tak żeby można było obejrzeć każdy wdzięk z osobna i wszystkie naraz w całej krasie, a bez zbytecznego wysiłku...
Jędrzej: Krasawica?
Ezechiel: A jak. O mało dęba nie stanąłem, choć mi nie wypada. Za to ta fujara, co ma to w psim obowiązku, rzuciła tylko okiem, westchnęła ciężko i usiadłszy na polnym kamieniu spuściła głowę i zafrasowała się na amen.
Jędrzej: Jezu Nazareński, ale srom. To nam może zrujnować reputację i poważanie w całym powiecie do najbliższych żniw...
Ezechiel: Spokojnie, to tylko sen.
Jędrzej: Sen, sen. Nie wiesz, ilu obkurwieńców czeka na potknięcie lidera? Nawet we śnie? Gdy się tylko zwiedzą, będą jątrzyć, mącić i oczerniać, aż koniec końców znów nam pozostaną wyłącznie przydrożne dziuple. Chcesz znowu obijać się o sęki i być podgryzanym przez wiewiórki?
Ezechiel: Oczywiście, że nie. Ale spokojnie, przecież nikt się nie dowie.
Jędrzej: O święta naiwności!
Ezechiel: No właśnie. Bo widzisz, to że usiadł i zafrasował się, to jeszcze nie koniec.
Jędrzej: Nieeee?
Ezechiel: Nie. Sen miał swój ciąg dalszy. Imaginuj sobie to tak. On siedzi i się frasuje, a ona stoi i popatruje na niego tyle zdziwiona, co urażona. Mijają lata...
Jędrzej: ?
Ezechiel: Ano lata. Wiosny, jesienie, zimy. Ze dwa razy i przedwiośnie się zdarzyło, a raz to nawet i przednówek. I trwałoby to tak pewnie dalej, gdyby nie to, że Maciek pokrył się kwieciem.
Jędrzej: Czym?
Ezechiel: Białym kwieciem. Drobnymi kwiatuszkami od głowy aż po nasadę. A do tego, zważ, począł wonieć bzem.
Jędrzej: Zważyłem. Channel numer 5 jak nic. To już wiem, jaki był koniec tego snu. Owo nagie dziewczę zapragnęło zapewne również tak pachnieć i się spryskało Maćkiem?
Ezechiel: Zgoła nie.
Jędrzej: Nie? Więc co?
Ezechiel: Popatrzyło na rozkwitłego Maćka i ujrzało go w zupełnie innym świetle. W czym niezawodnie pomógł jej snop światła, który zaczął na niego właśnie w tej chwili padać z nieba.
Jędrzej: Padła na kolana?
Ezechiel: A jakże. Uniosła ręce do góry i zaintonowała „W cieniu zakwitającego Maćka pasą się moje stada”
Jędrzej: ?
Ezechiel: Nie wiem. Widać taka jej licentia poetica.
Jędrzej: A Maciek co na to?
Ezechiel: Niewiele. Frasował i kwitł sobie dalej w najlepsze.
Jędrzej: To koniec?
Ezechiel: Tak. Na tym sen się skończył.
Jędrzej: A Zwierz obudził się z krzykiem?
Ezechiel: Nie, czemu? Przeciągnął się, podrapał Cię za uchem, a mnie pod brodą, i uznawszy, że cały ten sen to znak niezawodny postanowił ufundować...
Jędrzej: Klasztor pod wezwaniem Maćka Frasobliwego?
Ezechiel: Nie. Zamtuz „Pod zafrasowanym kutasem”.